Nauka źródłem innowacji nie jest
– Dlaczego tak się działo?
– W przypadku, który tu przywołuję, chodziło o silnik, który miał spełniać ściśle określone parametry. Skonstruowali go ludzie bez tytułów naukowych, ale mocno obeznani w temacie i znający realia. Naukowcy podeszli do zagadnienia zupełnie inaczej, zbyt optymalizowali, szukali optimum. W swoim zawodowym życiu zetknąłem się też z firmą, która powstała pod dyktando naukowca. Przetrwała ona jedynie kilka miesięcy. W chwili rozpoczęcia działalności miała na koncie kilkanaście złotych. Cały kapitał został wydany na absolutnie – co najmniej o 50% – przewymiarowaną aparaturę i inne, w sumie zbędne, rzeczy. Dowodzi to tego, że jeżeli władzę w firmie powierzymy profesorowi, nie wykorzysta jej w sposób właściwy.
– Jaki z tego wniosek?
– W latach 60. rozpowszechnił się i nadal jest w Polsce uznawany tak zwany liniowy model innowacji. Czyli zaczątek procesu to praca naukowa, środek – współpraca naukowca z gospodarką, natomiast koniec należy do gospodarki. Budzi on jednak poważne wątpliwości. Gdybyśmy bowiem zaczęli liczyć innowacje, które w XX wieku w ten sposób powstały, to niewiele naliczylibyśmy – reaktor atomowy, laser, fizyka ciała stałego, półprzewodniki i... zaczynamy się wahać. W czasach Einsteina, Heisenberga, kiedy powstawała najnowsza nauka – jeżeli popatrzymy, kto zbudował parowóz, samolot, radio, telewizor, dojdziemy do wniosku, że nauka jako źródło innowacji niczym się nie wyróżnia. Pomysły, idee są równo rozłożone wśród populacji. Dotykają w równym stopniu naukowców, jak i „analfabetów”. Można więc między bajki włożyć ideę, że nauka jest źródłem innowacji. Nauka źródłem innowacji nie jest! Po prostu ludzie myślą, a to co wymyślą, nauka filtruje, weryfikuje, doskonali. Wydaje mi się, że przekonałem czytelników, iż liniowy model innowacji za rzadko się sprawdza, by był podstawą do budowania systemu wspierania innowacji, a przed nauką stawia się w tym systemie niewykonalne zadania – dostarczanie innowacji. Tymczasem w Polsce rodzi się krajowy system innowacji, wykoncypowany w ten sposób, że uczestnikami sieci mogą być wyłącznie instytucje naukowe. Jeżeli nasze centrum taką placówką nie jest, musi mieć umowę z uczelnią, która ją do tego upoważni. Tymczasem zwróciłem uwagę, że w tych transferach, których tu dokonujemy, jedynie w kilku procentach rozwiązań dostarcza nauka. W przeszło 70% przypadków firma sprzedaje technologię firmy. Dzieje się tak na skalę europejską – oferty pochodzą z uczelni, natomiast transfery „dzieją się” między firmami. /.../
Więcej przeczytać można w styczniowym numerze "Sprawy Nauki"
wstecz Podziel się ze znajomymi










